12 lipiec 2016 r to dla mnie dzień wyroku.

Byłam już tak wykończona, że nie dałam rady spać z Mają. Brak normalnej dawki snu, którą fundowała mi córcia, te jej ciągłe bóle głowy. Od stycznia dawało mocno popalić. Od stycznia 4-5 godzin snu, dzień zaczynał się podaniem panadolu. A lekarze rozkładali ręce. Nie znają przyczyny tak mocnych i codziennych bólów – rezonans i EEG również nic nie wykazały. Co jeszcze można zrobić?

Tak, tej nocy nie mogłam jej słyszeć, już nie chciałam. Psychicznie wypalona. Zostawiłam ją w sypialni, sama poszłam spać do innego pokoju. Tak bardzo potrzebowałam odrobinę ciszy i snu. Ale zasnęłam dopiero koło 2:00.

Nastawiłam budzik na 7:30. Gdy weszłam do sypialni – czułam jak moje ciśnienie osiąga zenit, gorąco, pot, lęk. Maja była w czasie napadu padaczkowego. Nie ruszała się. Oczy skierowane w prawo, ślinotok z automatycznym połykaniem, prawa rączka i lewa nóżka stanęły w przykurczu, jedynie brwi regularnie drżały. Atak ustąpił, jednak nie zatrzymał się. Telefon – gdzie jest telefon. POGOTOWIE. Zawiadomienie przyjęte – teraz czekam. Następuje drugi atak, pogotowia jeszcze nie ma – ,,gdzie oni są, czemu to tak długo trwa”. Przecież nie mam żadnych leków, bo i po co. Starsza córcia leci do samochodu po wypisy Mai, tam będzie numer telefonu to naszej neurolog z Wrocławia. Dzwonię. Nie, nie mogę się dodzwonić. Niech to szlag.

Minuty ciągną się w nieskończoność. Gdzie to pogotowie. Są, już są. Następuje trzeci atak. TYM RAZEM JEST INACZEJ. Mai rączki i nóżki do połowy zrobiły się sino-fioletowe, oddech słabnie,…. Twarz robi się sina…. W tym momencie panowie z pogotowia przestali sypać głupimi grypsami, kazali się odsunąć i wkłuli się w rączkę.

CISZA. Kolory na ciałku Majeczki wróciły do normy, oddech zaczął się wyrównywać, ale była nieprzytomna. Mogliśmy jechać już do szpitala.

Dopiero w nocy, gdy leżałam koło nadal śpiącej Mai w szpitalu, dotarło do mnie, co się stało. Ten bezgranicznie długi czas oczekiwania na pogotowie trwał tylko 15 min.

Uzmysłowiłam sobie, że gdybym do sypialni weszła te przeklęte 15 minut później, mojej małej córeczki, mojej MYSZKI mogłoby już nie być. Że mogłam się spóźnić na ratowanie jej życia.